,

A gdzie Ty kupujesz owoce i warzywa?

sierpnia 22, 2015

Ten temat krążył po mojej głowie już od ponad roku, mam nadzieję że zainteresuje również i Was. Od kilka ładnych lat mamy modę na ekologię, zdrowe jedzenie i bycie fit, widzę to zjawisko jako bardzo pozytywne, ale mam wrażenie że ludzie stali się strasznie pogubieni w tym co jest faktycznie eko, nadal nie czytają składów i nie myślą samodzielnie.
Dzisiaj będzie o warzywach i owocach. Z powodu, którego nie rozumiem spora część ludzi uważa że warzywa i owoce wyhodowane na drugim końcu świata, posiadające etykiety i certyfikaty świadczące o ekologiczności są lepsze od tych wyhodowanych w najbliższej okolicy. Jeśli martwimy się o środowisko powinniśmy skupiać się na tym co możemy dostać lokalnie, co wyrosło w naszej okolicy i nie musiało zostać przetransportowane tysiące kilometrów. O śladzie węglowym ktoś słyszał? 
Jeśli już chcemy jeść to co rośnie w naszych okolicach to skąd kupować takie warzywa? Pół biedy jeśli stać nas na warzywa z certyfikatami ekologiczności, które najczęściej kosztują kilka razy więcej niż ich zwykłe odpowiedniki. Uważamy, że płacimy wtedy za bezpieczeństwo i niepowtarzalne właściwości zdrowotne. Jak jest w rzeczywistości? Warzywa z bio upraw mają bardzo zbliżone wartości odżywcze jak do ich zwykłe odpowiedniki (źródło). Na dodatek, jeśli dobrze poszukamy to znajdziemy warzywa i owoce, które są uprawiane dokładnie tak jak ekologiczne i są w cenie normalnych warzyw. Dlaczego nikomu nie chce się wyrabiać certyfikatów? Trzeba spełnić sporo, czasami dziwnych wymagań, cały proces jest czasochłonny i kosztowny. Nie można zapomnieć również o tym, że cały ten segment zdrowego żywienia to po prostu zwyczajnie biznes. Ale to nadal nie jest temat, o których chciałam Wam napisać.
Skoro zdecydowaliśmy już, że nie chcemy truć środowiska ani siebie, a nie stać nas na jedzenie z certyfikatem to powstaje problem - gdzie kupić nasze upragnione warzywa? Spotkałam się z przygnębiającą tendencją - wszyscy polecają kupowanie warzyw na targowiskach i ryneczkach, każdy odradza warzywa i owoce ze sklepów wielkopowierzchniowych. Ludzie lubią żyć iluzją zdrowego jedzenia z targowiska, uważają je za znacznie lepsze i bezpieczniejsze od tego które można kupić w hipermarketach. Z mojej perspektywy jest zupełnie odwrotnie, jeśli minął sezon na własne warzywa i owoce to na zakupy wybieram markety, nie targowiska. 
Warzywa i owoce w marketach przechodzą bardzo długą drogę z pola na półki, ale jednocześnie funkcjonuje w nich system kontroli jakości i muszą spełniać określone wymagania (nie będę się już zagłębiać czy ten system sprawdza się czy nie i jak bardzo jest dziurawy). Jeśli okaże się że z warzywami jest coś nie w porządku - wiadomo dokładnie kogo możemy winić, ktoś może ponieść odpowiedzialność.
Na rynkach i targowiskach nie ma żadnej kontroli, zdecydowana większość warzyw i owoców pochodzi z tych samych źródeł co marketowe, ponieważ większość sprzedających tam to zwykli pośrednicy, sami nic nie uprawiają, a warzywa kupują na giełdach i hurtowniach. Pół biedy jeśli trafimy na takiego pośrednika - to co kupimy powinno być raczej względnie bezpieczne. Gorzej, jeśli trafimy na rolnika, który myśli tylko o kasie jaką natrzepie na tym co wyhodował, niezależnie od tego ile nawozów i środków ochrony roślin musiał wpompować w swoje warzywa. Kto by się przejmował normami, sposobem użycia, odpowiednimi ilościami czy okresem karencji? Niektórzy mają głęboko w nosie nawet porę o której można opryskiwać, przez co giną pszczoły (źródło). Na własne oczy widziałam ludzi, którzy bali się jeść wyhodowanych przez siebie owoców, mimo gorących zapewnień dla matki z dzieckiem o bezpieczeństwie i niepryskaniu tych właśnie owoców. Warzywa i owoce są tak pędzone nawozami, że tracą smak i zapach, ale przynajmniej odchodzi problem ptaków i innych zwierząt wyjadających uprawy - one nie ruszą tych roślin. Widziałam sprzedawane warzywa, co do których było wiadome że rolnik miał głęboko w nosie przestrzeganie okresu karencji. Same środki ochrony roślin nie są złe, czasami są niezbędne do wyhodowania w ogóle jakichkolwiek warzyw (wiecie że część z nich dopuszczona jest również w rolnictwie ekologicznym?) jednak kluczowe jest stosowanie ich zgodnie z zaleceniami, co przerażająco dużo rolników zupełnie ignoruje.
Mieliście kiedyś wysypkę po zjedzeniu warzyw i owoców? Swędzące krostki lub pokrzywkę? Najczęściej jest to efekt zbierania roślin zaraz po oprysku, środki ochrony roślin nadal się na nich znajdują i szkodzą. Na dodatek rolnicy często stosują je niezgodnie z przeznaczeniem, na przykład środek powodujący schnięcie roślin, który gromadzi się w dolnych partiach jest stosowany na ziemniaki przed zbiorem. I przypominam - warzyw i owoców z rynków i targowisk nie kontroluje zupełnie nikt, panuje tam wolna amerykanka i nikt nie sprawdzi czy sprzedawane tam płody rolne nie są zagrożeniem dla zdrowia. 
Oczywiście istnieje również mała garstka rolników, którzy swoje uprawy prowadzą w sposób prawie ekologiczny, przestrzegają wszystkich zaleceń i stosują środki ochrony roślin i nawozy tylko w minimalnym i niezbędnym stopniu. Nie prowadzą zwykle wielkich gospodarstw, nie sprzedają warzyw do marketów, często nawet nie muszą sprzedawać ich na targowiskach - mają już stałych klientów, którzy kupują wszystko co tacy rolnicy wyhodowali.  Warzywa i owoce, które jem pochodzą z takich właśnie upraw, kiedy chce kupić coś czego nie uprawiałam to swoje kroki kieruję do marketu, nie uważanego przez wielu za bardziej ekologiczny rynku.
Tymczasem, nieco kontrowersyjnie czekam z niecierpliwością na wprowadzenie i rozpowszechnienie upraw GMO. Oczywiście jestem gorąco za tym aby wszystkie warzywa i owoce pochodzące z nich były wyraźnie oznaczone, żebym wiedziała co mogę kupować.
Mam nadzieję, że temat mimo tego że był mocno niekosmetyczny to jednak Was zainteresował i dowiedzieliście się czegoś o czym nie wiedzieliście wcześniej.

A gdzie Ty kupujesz warzywa i owoce? Zwracasz uwagę na to, jak były hodowane? 

Mogą również Cię zainteresować:

19 komentarze

  1. Ja mam swój ogród z warzywami , owoce, te które można w Polsce uuprawiać również mam własne i chociaż wiem, że jem zdrowo. W sklepie kupuję niezbyt często, ale jak kupuję, to głównie w biedronce i przyznaję, że nie zwracam zbyt wiele uwagi na to skąd co pochodzi ...

    OdpowiedzUsuń
  2. Mamy sporo z działki babci na pewno są lepsze niż ze sklepu :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Niedaleko swojego domu mam właśnie taką "zieloną budkę", która wygląda na rodzinny interes, cała rodzina tam pracuje. Zawsze myślałam, że są rolnikami, tylko skąd byłyby u nich kiwi i ananasy? :P A może i nawet mogłyby być, ale raczej część warzyw biorą z jakiegoś skupu. Ja długo wahałam się spytać, czy część tych warzyw to z ich uprawy, czy po prostu pośredniczą. W końcu się przemogę.

    Mogę jeszcze tylko w tym temacie dodać, że ze swojego ogródka mamy kilka rodzajów warzyw i owoców i kocham te dary natury! Smakują zupełnie inaczej niż to, co jest w budkach i marketach, jak płody Edenu: soczyste, intensywne, słodkie. Jeśli ktoś myśli, że wie jak smakują pomidory to niech spróbuje pojechać na wieś i poczęstować się od jakiejś babuszki. Nie rolnika tylko babuszki właśnie. My zupełnie niczym nie pryskamy, wszystko u nas rośnie w sumie dziko, tylko w wakacje odchwaszczamy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wątpię, żeby sami uprawiali ;) Bardzo dużo jest właśnie takich pośredników, oni zwykle z giełdy albo hurtowni biorą.

      Moi rodzice uprawiają warzywa i widzę gigantyczną różnicę ;) Teraz mamy pomidory, które są przepyszne nawet bez ich solenia :)

      Babuszki też często pryskają i one najczęściej normy i karencję mają bardzo głęboko gdzieś;)

      Usuń
  4. warzywa mam z działki swojej :) i to uważam za duży plus mimo że mieszkam w bloku

    OdpowiedzUsuń
  5. Też stawiam na swój ogródek, ale przyznam, że często robię zakupy na targu. Ale czy na targu czy w markecie- zazwyczaj kupuję po zapachu- zwłaszcza pomidory- po pachnących nie mam wysypki, co zdarzało mi się w dzieciństwie. I chyba nie muszę pisać, że i tak nasze ogródkowe smakują o niebo lepiej od nich... Zdarza mi się kupować od zaprzyjaźnionych rolników- ale to raczej na przetwory niż na bieżące spożycie.

    OdpowiedzUsuń
  6. U mnie większość jest własnych :), zupełnie inny smak itp.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja latem mam całkiem sporo warzyw z ogródka :)

    OdpowiedzUsuń
  8. No, w końcu ktoś normalny, a nie ogłupiony tą całą ekologią i bioszaleństwem. To samo dotyczy np. nabiału. Ludzie kupują jakieś sery od dziadów i babć na rynku, a nie wiadomo kto taki ser swoimi łapami dotykał. Kto tam na to chuchał, skoro to leży tak na wierzchu. I czy podczas produkcji zachował choćby podstawowe zasady higieny. Nie mówiąc już o tym, że ekologiczne (czyli z certyfikatem) warzywa i owoce też są pryskane, tylko innymi środkami. Są to pestycydy naturalne (czyli wytwarzane przez rośliny), ale żeby zadziałały, trzeba tego dać 10 raz więcej niż sztucznych. Tak więc na jedno wychodzi, czy się człowiek naje pestycydów naturalnych czy sztucznych. Działają tak samo.

    Dzięki, Wózkowo, za głos rozsądku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W rolnictwie ekologicznym jest dopuszczonych wiele konwencjonalnych oprysków również. U nas na rynku sprzedają nawet mięso: kury, kaczki. Nie zjadłabym takiej, leżącej pół dnia na słońcu, gdzie obsiadały ją muchy i kij wie co jeszcze. Nie zaufałabym również jajkom leżącym przez kilka dni na słońcu (nie wspominając o tym że na własne oczy widziałam jak babuleńka zmywała kody z marketowych jajek i sprzedawała jako wiejskie).

      Dzięęęęki, staram się być głosem rozsądku, czasami jednak aż boję się odzywać ;) Moje poglądy są często kontrowersyjne i spotykają się z niezrozumieniem :)

      Usuń
  9. Ojj, a ja mogę się pochwalić ze mam większość swoich warzyw i owoców z działeczki :*
    Buziaki Moj Blog - KLIK !:)

    OdpowiedzUsuń
  10. trochę przesadzasz. mój tato zajmuje się warzywnictwem i wiem jak to wygląda od podszewki. kilka razy do roku są naloty różnych urzędów sprawdzających czy w uprawie nie ma gmo, badających skład chemiczny warzyw, kontrolujących czy prowadzone są książki w których zapisuje się szczegółowo sposób uprawy i jakie środki oraz w jakiej ilości zastosowano (przy jednoczesnym badaniu rośliny, by skontrolować czy skład chemiczny się zgadza z tym co jest w książce). dodatkowo przed KAŻDĄ sprzedażą jest urzędowa kontrola - jeśli wyjdzie coś nie tak, np. zbyt duże stężenie szkodliwych środków, to rolnik dostaje dużą karę, a warzywa niszczone są na jego koszt. mój tato swoją uprawę prowadzi niemal ekologicznie - certyfikatów nie ma, nie stara się o nie, ale z badań wynika, że w jego warzywach jest mniej środków potencjalnie szkodliwych w dużej ilości niż w warzywach do geberków. tyle że to nie jest produkcja na skalę lokalną, a krajową, to setki tysięcy ton warzyw. problemem jest to, że okoliczni mieszkańcy rozkradają uprawę na potęgę i to w okresach karencji, sprzedają te warzywa później na targu babuleńki w chustkach, a ludzie myślą że sobie to wyhodowała na kurzym oborniku pod domem. tyle że po targach też krąży sanepid i wyłapują takie babuszki, które obok kradzionych - i nie oszukujmy się, w okresie karencji zwyczajnie silnie toksycznych - warzyw, mają najtańsze jajka z tesco, z których numer seryjny zmyły denaturatem. owszem jest mnóstwo niedouczonych rolników, którzy znaleźli się w zawodzie myśląc że praca producenta jest łatwa, nie wymaga wykształcenia i wystarczy tu tylko tężyzna fizyczna. ci właśnie są zwyczajnie biedni, bo nie potrafią tak poprowadzić uprawy, by zminimalizować koszty produkcji przy jednoczesnej poprawie jakości i zwiększeniu ilości wyprodukowanych warzyw. do tego są potrzebne kierunkowe studia albo wieloletnia praktyka pod okiem kogoś kto sam skończył takie studia i się zna, a mało kto to niestety robi. tyle ze jak już to zrobi i odnajdzie się w zawodzie, to high life :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale ja nie przesadzam, a to co napisałaś jest dokładnie tym co miałam na myśli. Wiem że właśnie rolnicy, którzy uprawiają na skalę krajową, ogromne ilości warzyw są bardziej w porządku niż spora część tych lokalnych. Tacy prowadzący duże uprawy są skrupulatnie kontrolowani, nie mogą sobie pozwolić na wtopę, takie warzywa mogę spokojnie kupować i nie mam nic przeciwko takiej uprawie.

      Na rynku spędziłam bardzo dużo czasu i przynajmniej u nas w mieście nie kontroluje tego zupełnie nikt. Sprzedawcy otwarcie mówiący (oczywiście jak nie ma klientów) że w dupie mają okresy karencji, że dla nich liczy się tylko zysk. Mieszkam w rejonie, w którym rolnicy mający potężne gospodarstwa zajmują się głównie zbożami a nie warzywami, którymi zajmują się w większości cwaniaczki i janusze rolnictwa i zapewniam Cię, że u nas nikt tego nie kontroluje.

      A z ciekawości i jeśli można wiedzieć - gdzie idą do sprzedaży Wasze warzywa? Przetwory, markety czy giełda i na rynek?

      Usuń
    2. Z brakiem kontroli miałam na myśli oczywiście właśnie tych drobnych cwaniaczków, bo nie wiem jak wygląda z dużymi uprawami, ale myślę że podobnie jak u Ciebie - są skrupulatnie kontrolowani.

      Usuń
    3. kontraktujemy z zakładami przetwórstwa spożywczego

      Usuń
  11. Temat skomplikowany. Warzywa kupuję tylko na placach, nigdy w supermarketach! Na obu mam od lat upatrzonych rolników, którzy sami produkują i jedzą swoje wytwory. Kupuję tylko sezonowe owoce i warzywa, głównie po zapachu. Jeśli raz nie zasmakują mi np. ziemniaki czy marchewka, to więcej ścierwa nie kupię a i handlarzowi powiem "do słuchu" przy następnej wizycie. Dzięki temu wyeliminowałam 95% cwaniaczków na moich placach.
    Jedną panią rolniczkę znam osobiście - ma gospodarstwo niedaleko mojego domku na wsi. Jeżdżę do niej po truskawki, ogórki czy pomidory, bo sprzedaje trochę taniej (odpadają koszty wożenia w tą i z powrotem) a przetwory robię właśnie w domku na wsi. Poza tym podpytałam o nią wśród sąsiadów i wszyscy zaopatrują się u niej hurtowo, bo oprysków robi mało - ma też pszczoły i dba o nie bardziej, niż o resztę przychodów (nawet od własne dzieci;-)).
    Na drugim jest taka cała rodzinka trzypokoleniowa - też sami hodują i sprzedają. Mówią, że robią opryski, ale rozsądnie. Zawsze potrafią powiedzieć np. że dzisiaj maliny są kwaśne, bo ostatnie dni padało. Albo że śliwki w 30% są robaczywe, bo nie opryskali drzewa. Wtedy spuszczają cenę, żeby zrównoważyć straty z odpadów. No i są ekspertami od ziemniaków, jakich mało w Małopolsce. Tu nie ma kultury kartofla, który jest uważany za zapchajdziurę obiadu. A oni mają po kilka gatunków, ale tylko sezonowo (np. jak im się kończy jakiś gatunek, to nie dokupują na Rybitwach i go po prostu nie mają aż do następnych zbiorów). I wiedzą który ziemniak, do czego najlepiej stosować. Mówią o smaku, konsystencji, czasie gotowania, więc jedzą swoje warzywa i się ich nie boją.
    Mięsa - podobnie jak ty nigdy nie kupuję od "bab wioskowych". Sery tylko korycińskie, choć drogie, ale pyszne i maleńkim kawałeczkiem (z dodatkiem pomidora) najem się lepiej niż 5 razy większą ilością jakiegoś seropodobnego towaru z supermarketu.
    Dodatkowo część owoców mam ze swojego ogródka.
    I jeszcze jedno - nauczyłam się smaku dobrego jedzenia i syfów z supermarketów nie tknę! Dziwię się popularności towarów z Biedronki. Moje dzieci raz zatruły się marchewką stamtąd (pewnie ołowiem). Od lat próbuję zrozumieć fenomen mądrych Polaków, którzy robią największy idiotyzm, nabierając się na te towary ostatniej kategorii. Tym bardziej, że ceny nie należą już do najniższych a i o higienie (koszmarnej) słyszałam legendy. Ja tam bym co najwyżej mogła kupić papier toaletowy, ale nie zaryzykuję zdrowia moich dzieci. A takie śmieciowe, biedronkowe żarcie (bo z jedzeniem toto nie ma wiele wspólnego) zemści się na ludziach po latach: alergiami, rakami, gigantyczną otyłością.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z ciekawości - jakie są objawy zatrucia ołowiem z marchewki?

      Usuń
  12. Ja mam całe szczęście dostęp do eko (ale nie certyfikowanych) warzyw i owoców przez kooperatywę spożywczą. Produkty pochodzą z gospodarstwa prowadzonego przez fundację Barka, co jakiś czas sami wpadamy tam z kontrolą. Na gnojówce rośnie wszystko jak na drożdżach.

    Co do jakości warzyw z ryneczków to się częściowo zgodzę, czasami to nie wiadomo na kogo można trafić. Te marketowe wcale niestety nie są lepsze, bo niestety w ogóle nie mają smaku. Marchewka czy brzoskwinie z takiego sklepu są wręcz obrzydliwe:( Najbardziej żałuję, że nie mam własnego ogródka :(

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wszystkie Wasze uwagi i wsparcie, które daje mi niesamowicie dużo motywacji. Nie zdajecie sobie nawet sprawy jak bardzo pomaga mi to, że jesteście tutaj ze mną i mi kibicujecie, jeszcze raz bardzo mocno DZIĘKUJE!
Jeśli masz na to ochotę, możesz zostawić link do swojego bloga.
Proszę o zachowanie kultury.

Obserwatorzy

Google+ Followers

Łączna liczba wyświetleń