,

Henna Cassia, podejście drugie

1/18/2014

Jeśli śledzicie mojego bloga już od dłuższego czasu,  pewnie wiecie już, że w marcu robiłam pierwsze podejście do Cassi. Miałam wtedy bardzo duże nadzieje związane z obiecywanym przez wszystkich odżywieniem włosów i ich widocznym pogrubieniem. Nie przewidziałam tego, że na moich bardzo zniszczonych i spalonych wielokrotnym domowym rozjaśnianiem, efekt będzie tragiczny- czyli bardzo mocno przesuszone i popalone końcówki. Cassia na moje końce zadziałała odrobinę jak rozjaśniacz, czyli przesuszyła końce do takiego stopnia, że wyglądały jak po kolejnym nieudolnym rozjaśnianiu.

Teraz jednak, moje włosy się bardzo zmieniły, od kiedy ścięłam zmasakrowany dół, całość jest bez porównania zdrowsza i silniejsza. Zmieniła się ich ogólna porowatość, mogę powiedzieć, że jest średnia, nie tak jak wcześniej, wysoka. Naturalne włosy stanowią około połowy moich włosów. Postanowiłam więc zaryzykować i nałożyć Cassię po raz drugi.

Tym razem nakładanie wyglądało nieco inaczej. Dzień wcześniej rozmieszałam 1/3 opakowania z wodą i sokiem z cytryny w proporcjach pół na pół. Zostawiłam na ok. 13 godzin w ciepłym miejscu. Przed nałożeniem, umyłam dwukrotnie włosy silnie oczyszczającym szamponem bez silikonów i dałam im podeschnąć. Nakładałam podobnie jak poprzednio, czyli strzykawką i pędzelkiem. Przetrzymałam pod ciepłym ręcznikiem przez ponad 3 godziny i chwilę przed zmyciem, nałożyłam gęstego lnianego glutka, żeby nadać im chociaż odrobinę poślizgu. Zmywałam wyłącznie wodą, bez użycia żadnego szamponu i odżywki, zmywa się ciężko i nieprzyjemnie. Po wysuszeniu moje włosy były suche i szorstkie, bardzo się również plątały. Przetrzymałam je bez mycia przez cały następny dzień (jak dobrze, że nie musiałam wychodzić z domu) i nałożyłam sporą ilość oleju arganowego, który piły jak wodę. Przed myciem, nałożyłam na godzinę maskę Kallos Keratin z dodatkiem gliceryny i allantoiny, w czasie trzymania podgrzewałam suszarką. A po tych wszystkich skomplikowanych czynnościach, umyłam włosy i... się zdziwiłam.


Moje włosy są śliczne- pierwsza myśl po wyschnięciu. Cassia faktycznie odżywiła moje włosy, są teraz zupełnie inne, grubsze i bardziej sprężyste, a przy tym nadal miękkie. Mam wrażenie, że mimo tego, że są dociążone i nie latają na wszystkie strony, to są również znacznie bardziej uniesione. Efekt pogrubienia jest do zmierzenia- po nałożeniu henny przybyło mi ponad 0,5 cm w obwodzie kucyka i jakkolwiek nie mierzyłam - wynik był taki sam. Mimo odstawienia jej na noc, nie zmieniła za bardzo koloru moich włosów, są jedynie delikatne złote przebłyski. Mogę więc Wam z czystym sumieniem polecić hennę Cassię, jeśli wasze włosy nie są ekstremalnie zniszczone, tak jak moje były na początku.

Mogą również Cię zainteresować:

3 komentarze

  1. 0,5cm w obwodzie? To naprawdę sporo. Widać warto było podejść drugi raz.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale musialas sie nakombinowac z tymi dodatkowymi zabiegami... jednak warto bylo bo efekt jest cudny! Super blask! Ja bym sie bala ryzykowac bo wlosy na wierzchu mam mocno zniszczone prostowaniem...

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wszystkie Wasze uwagi i wsparcie, które daje mi niesamowicie dużo motywacji. Nie zdajecie sobie nawet sprawy jak bardzo pomaga mi to, że jesteście tutaj ze mną i mi kibicujecie, jeszcze raz bardzo mocno DZIĘKUJE!
Jeśli masz na to ochotę, możesz zostawić link do swojego bloga.
Proszę o zachowanie kultury.

Obserwatorzy

Google+ Followers

Łączna liczba wyświetleń